"Wyznania hieny". Były dziennikarz tabloidu ujawnia kulisy pracy. "Ci ludzie żyją w innej rzeczywistości"

Piotr Mieśnik
Piotr Mieśnik Wydawnictwo The Facto
Rozmowa z Piotrem Mieśnikiem, byłym redaktorem tabloidu "Fakt". Człowiekiem, który w swojej książce "Wyznania Hieny. Jak to się robi w brukowcu" ukazuje kuchnię tabloidów i swoją przemianę z hieny. Książki tej boi się już pół branży. Druga połowa nie może sie jej doczekać.

Jako jedyny zdobył zdjęcia ze ślubu Michała Tuska. Z wnętrza kościoła. Był człowiekiem od zadań specjalnych, w momencie, gdy wszystko się waliło, naczelni dzwonili do Piotrka, by zdobyć informacje nie do zdobycia. Dla jednego zdjęcia potrafił spędzić tydzień w obozowisku w lesie. Praca w tabloidzie to była dla niego pasja, aż w końcu (m. in. pod wpływem osobistego dramatu) coś w nim pękło i odkrył drugie dno powstających materiałów oraz całkowitą znieczulicę, która opanowała też jego.



Branża już teraz boi się jego wyznań i nie wie co może się ukazać w książce "Wyznania hieny". Znamienne, że jej premiera będzie w październiku, a już o jej autorze napisał Kuba Wojewódzki. Uprzedzający atak? Raczej nie, bo Piotrek zajmował się polityką a nie show-biznesem.

Na początku spotkania opowiadam Piotrkowi historię, którą usłyszałem swego czasu od jednego z naczelnych tabloidu.

- Rzecz dzieje się w 2009 roku. Olejniczak puszcza cynk do zaprzyjaźnionej redakcji tabloidu, mówiąc, że spotka się z Kwaśniewskim i żeby im zrobić zdjęcia paparazzi. Szefostwo tabloidu uznaje, że nie ma sensu słać drogiego paparazzi na klasyczną "ustawkę" (zdjęcia, które mają udawać zrobione z ukrycia). Wysyłają więc zwykłego fotografa. Ten jednak okazuje się być totalnym amatorem. Podchodzi frontalnie do siedzących Kwaśniewskiego i Olejniczaka i mówi "Dzień dobry, nazywam się (tutaj pada imię i nazwisko), mam Panom zrobić zdjęcia paparazzi". Na to Kwaśniewski patrzy najpierw na niego, potem na Olejniczaka, mówi krótko "W co ty mnie wpierdalasz?", odwraca się na pięcie i odchodzi. Olejniczak chciał wygrać na tym politycznie, ale tak, żeby nikt się o tym nie dowiedział.

- Znam tę historię. No cóż, oni tak się wmanewrowują nawzajem w różne sytuacje.

- Spacer Tuska z wnuczkiem to też ustawka?

- Nie. Tusk się nigdy nie ustawiał i nie ustawia. On całkowicie otwarcie może zaprosić, ale ustawka polegająca na tym, że ktoś mu robi zdjęcia paparazzi, to nie jego styl. On nie wchodzi w takie zabawy. Poza tym ten plac zabaw, na który on chodzi z wnuczkiem, jest zawsze obstawiony przez ludzi z tabloidów. Za Tuskiem zawsze krąży jakiś paparazzo, więc on nie musi się ustawiać. Wystarczy, że wyjdzie z wnuczkiem. Ale nigdy nie było cynku, że Tusk będzie robił to czy to.

- A Jarosław Kaczyński się ustawiał?

- Też nie. Zero współpracy z tej strony. Ich otoczenie natomiast zawsze miało kontakt z naczelnymi i różne rzeczy były dogadywane. Pamiętam, że raz ustawił się Lech Kaczyński ze swoją żoną. Poszli do restauracji na romantyczną kolację i winko, przytulali się. Dostaliśmy cynk, ze tak będzie. Klasyczna ustawka. Nie twierdzę, że to, co robili było udawane - była to jednak ustawka. No, a Jarosław Kaczyński też wziął udział w ustawce - po katastrofie smoleńskiej, gdy startował na prezydenta, był na komunii dziecka Elżbiety Jakubiak i powstały zdjęcia. Podejrzewam jednak, że to była robota jego współpracowników. Potem zawsze mogli się wytłumaczyć przed Kaczyńskim, że to sami paparazzi go zdybali.

- Najlepiej chyba współpracował Marcinkiewicz? Wszedł w grę z tabloidami.

- On był po prostu sterowany.

- W jakim sensie? Politycznie czy wizerunkowo?

- I tak, i tak. Wizerunkowo przez Bielana i Kamińskiego. Pamiętam historie, że któryś z nich dał informację, że Marcinkiewicz będzie gdzieś w górach i że warto tam pojechać. Redakcja wysłała ekipę, która zrobiła mu zdjęcia, aż w końcu ktoś poprosił, żeby Marcinkiewicz założył kapelusz, taki góralski, trochę głupkowato w nim wyglądał.

- Poszedł na to?

- Właśnie nie. Zaczął się opierać, mówić, że po co mu to i takie tam. I wtedy Kamiński czy tam Bielan powiedział do niego: "Kazik, co ty pie***lisz? Zakładaj ten kapelusz". I on pokornie założył i pozował. Taki był Kazik. Przepraszam, premier.

- Pokorny?

- I sterowalny. Tylko on myślał, że naprawdę jest premierem i ma faktycznie na coś wpływ. To było czasami komicznie. A to, co się później działo w serialu pt. "Kazik i Isabel" to już jest klasyka tabloidu, tego się nie dało nie wykorzystać...

- Słyszałem, że codzienną rutyną dziennikarzy tabloidów było sprawdzanie bloga Izabel na Onecie, to prawda?

- To była wręcz jedna z najważniejszych rzeczy do zrobienia przez dziennikarza działu politycznego. W tym temacie dochodziło już do ekstremalnych sytuacji. Ktoś przyniósł "newsa", że ona ma coś nie tak z nogą i sprawdzaniem informacji dotyczącej rzekomego "szóstego" palca zajmował się cały dział polityczny. Albo na postawie jednego zdania z bloga robiło się duży, mocny tekst. Jakaś totalna paranoja.

- Dla naczelnych to był mega ważny temat? Być albo nie być?

- Bardzo ważny. Jak redakcja przegapiła jego ślub to cały dział polityczny został zawieszony.

- A czy zdarzały się interwencje w sprawie blokowania materiałów?

- Słyszałem w redakcji, że w sprawie Tuska i w ogóle PO wielokrotnie dzwonił minister tik-tak i załatwiał różnego rodzaju rzeczy. Dla przykładu raz był zrobiony świetny materiał o tym, jak cała wierchuszka PO (Nowak, Graś i inni) imprezuje w SPA podczas wyjazdu. Mieliśmy ich zdjęcia w szlafrokach. Nie poszło.

- Z tego, co wiem, w druku tabloidów nie poszło też zdjęcie Kasi Tusk całującej na jakieś przebieranej imprezie pierścień arcybiskupa.

- Pamiętam taką sytuację. Politycy mają możliwość blokowania niewygodnych artykułów - utrzymują kontakt z naczelnymi. Tzn. drugi garnitur polityków. Pierwszy jest zbyt zajęty. Swoją drogą Kasia Tusk to bardzo fajna dziewczyna, nie jest żadną zmanierowaną lalą jak się ją próbuje przestawiać w tabloidach i plotkarskich portalach.

- Poznałeś ją?

- Tak. Tusk nas swego czasu zaprosił na Wielkanoc do siebie. Tzn. nie na samą Wielkanoc, ale na materiał opisujący przygotowania do Wielkanocy. Było bardzo miło. Była Kasia, był syn Tuska - Michał, no i Tusk - bardzo wyluzowany, taki "kumpel". Na koniec materiału mówi do nas: "słuchajcie, mam tu niedaleko jedno spotkanie, podwieziecie mnie?" A nas w tym momencie zatkało...

- Dlaczego?

- Bo to by oznaczało, że poznałbym Tuska z... prostytutką, która była w naszym samochodzie. Mieliśmy taką panią na jakimś głodzie narkotykowym, co sprawiało, że zachowywała się co najmniej dziwnie. Była strasznie agresywna, kopała w siedzenia.

- Wzięliście na zdjęcia do premiera prostytutkę?

- Nie my, mój fotograf. Bawił się z nią parę dni i jak po niego przyjechałem, żeby go zabrać do Trójmiasta, to on z tą prostytutką jakoś już od pięciu dni imprezował i razem wsiedli do samochodu. Byli w cugu. Dopiero po drodze się okazało, że ona jest totalnie zwariowana i w dodatku na kokainowym głodzie. Powiedziałem wtedy do fotografa: "Człowieku, jedziemy robić wywiad z premierem Polski, a ty sprowadzasz dziwkę?". No, ale co zrobić. Było już za późno. Powiedzieliśmy jej że ma się nie ruszać z samochodu. No i jak nas premier Tusk zapytał czy go podwieziemy, to ja już widziałem oczami wyobraźni jak to się może skończyć. Wykręciliśmy się jakoś na szczęście.

- Prostytutki, używki, alkohol te zabawki się łączą z pracą w tabloidzie?

- To są sposoby na odreagowanie po dużych dawkach adrenaliny, jakie niewątpliwie daje ta praca.

- A największa dawka adrenaliny?

- To chyba wtedy, gdy otwieraliśmy most udając konwój prezydenta.

- To chyba była spora operacja?

- Tak, wypożyczyliśmy trzy BMW - jeden terenowy i dwie limuzyny. Wypożyczyliśmy je od jakichś gangusów, razem z resztą z tymi gangsterami spod Pruszkowa, którzy mieli robić za BOR-owców. Pojechaliśmy takim szykiem do mostu w podwarszawskiej miejscowości. I ja - gdy już jechaliśmy - zadzwoniłem na miejscową policję, mówiąc, że jedziemy z Prezydentem, że szczekaczka nam się popsuła, więc dzwonię i, że nie będziemy włączać "bomb", bo po co ludzi na wsi straszyć. Policja na to, że oni mają dwa radiowozy na cały rejon i że zaraz je wyślą. Na to ja, że bez przesady, że nie trzeba, że jeden wystarczy. Nasze Karki, jak to usłyszały, to zbladły, mimo że wcześniej zaręczali, że nie ma problemu. Wytłumaczyłem im, że jak coś, w razie niepowodzenia, to biorę wszystko na siebie.

- Udało się?

- Czekali na nas przy moście. Podjechaliśmy - powiedziałem tylko "Panowie, my to się nie zatrzymujemy nigdy, lecimy szybko" i oni włączyli sygnał i torowali nam drogę przez most, spychając na boki inne auta. Na koniec im jeszcze zasalutowałem. Odpowiedzieli elegancko.

- Duża liczba materiałów tabloidów opiera się na wkrętkach. Co jest kluczowe przy takim wkręcaniu? Jak to robić żeby się udało?

- Pewność siebie. Raz dostałem zlecenie od naczelnych, że mamy dać na pierwszej stronie numery telefonów komórkowych do wszystkich wojewodów. Oczywiście trzeba było je wszystkie zdobyć. Dzwoniłem więc mówiąc, że dzwonię z ministerstwa i że potrzebujemy tutaj numer telefonu do wojewody, bo jest pilna rozmowa.

- A jak ktoś się opierał?

- To na ostro: "Co ty kurwa sobie myślisz, że ja teraz powiem ministrowi, że nie chcesz mi podać numeru telefonu?". Jak zagrasz pewnego siebie to wszystko zdobędziesz. Ja w ten sposób załatwiłem nawet pracę fikcyjnej osobie. Często mówiłem, że jestem z jakieś fikcyjnej służby i zaczynałem rozmowę od formułki "Uprzedzam, że rozmowa jest nagrywana i nie można osobom postronnym ujawniać jej treści pod odpowiedzialnością karną", która od razu wprowadzała odpowiednią atmosferę rozmowy. Po czymś takim możesz wyciągnąć sporo informacji. Np. gdzie minister spędza wakacje i tym podobne.

- Czy to trochę nie obnaża sposobu myślenia administracji rządowej?

- Obnaża zdecydowanie. Ci ludzie boją się własnego cienia, i to jest chore.

- Czy wkrętką udało Ci się dowiedzieć gdzie Michał Tusk będzie miał ślub?

- Po części tak. Ja wtedy odbierałem jakieś dni wolne i temat ślubu młodego Tuska roił ktoś inny. Czas mijał, nie udało się nikomu dowiedzieć gdzie jest ślub, zadzwonili do mnie. Przemyślałem sprawę. Doszedłem do wniosku że najłatwiejsza do wkręcenia będzie matka Tuska. Pech chciał, że ona była wtedy już poważnie chora i w dodatku nikt nie miał do niej numeru telefonu. Zacząłem czytać książki i artykuły o Tusku, sprawdzać informacje. Doszedłem do tego, że mieszkali KIEDYŚ przy nasypie kolejowym, potem sprawdzałem na mapach Google, gdzie to może być. W końcu znalazłem namiary na nią. Zadzwoniłem i odebrał jej konkubent.

- Jaką miałeś wkrętke na to, by dowiedzieć się adresu?

- Przedstawiłem się jako drużba Tuska juniora. Powiedziałem, że część zaproszeń została wydrukowana z błędem i czy może mi przeczytać swoje, żebym się upewnił, że ma dobre. Zrobił to. Dał mi w bonusie jeszcze adres wesela, które było kilkadziesiąt kilometrów dalej. Mając adres mogliśmy zrobić całą operację pt. Ślub Tuska.

- Dużo osób było zaangażowanych?

- Mnóstwo. Zaangażowane były dwie niezależne od siebie ekipy paparazzi. Obstawiony był młody Tusk, jego narzeczona, dom jej rodziców, dom rodziców Tuska, dom chłopaka Kasi Tusk. Wszystko było obstawione. W kościele udało nam się ukryć aparat przy organach, który można było uruchomić pilotem.

- Teoretycznie mogliście tam umieścić bombę?

- Teoretycznie mogliśmy tam dać 20 kg trotylu, bo zrobiliśmy to po tym, jak BOR sprawdził miejsce. Tym ukrytym aparatem zrobiliśmy kluczowe zdjęcia.

- Nie brakuje Ci trochę tej adrenaliny?

- Trochę ciągnie hienę do lasu, to fakt. Ostatnio byłem w takiej knajpce obok Sejmu, a tam byli posłowie SLD. W czasie posiedzenia pili sobie piwko. Jeden jak mnie zobaczył, to od razu ostentacyjnie wlał sobie do piwa napój energetyczny i potem żłopał taką breję. Bał się, że materiał zrobię. Śmieszne to było. Ale ja jestem na tabloidowym odwyku i już nigdy nie wrócę. Koniec. Kropka.

- A co się stało, że zerwałeś z tym wszystkim?

- Po części osobista tragedia, która otworzyła mi oczy na wiele spraw (W 2010 roku młodszy brat Piotra Mieśnika został napadnięty na ulicy i brutalnie pobity wskutek czego zmarł w szpitalu - red.) Po części brak porozumienia z szefostwem.

- W jakim sensie?

- Mieli nierealne pomysły. Wiesz co oni powiedzieli po tym moim numerze z mostem? Powiedzieli, że teraz mam zrobić temat, w którym wkręcę wojsko do tego, by wysłało samolot Casa i pomogło żonie ministra w przeprowadzce. Wiesz, to już było po prostu nierealne. Ciężko współpracować z kimś, kto żyje w innej rzeczywistości. Komu się coś wydaje i potem myśli, że to są fakty. Potem z kolei wymyślili, że z serwisu internetowego tabloidu chcą zrobić opiniotwórczy portal. Ostrzegałem, że lepiej robić porządny bulwar, bo skończy się tak, że klikalność spadnie i będą musieli iść w okropny hardcore. Ale nie słuchali. No to za chwilę musieli się ratować tym całym garmażem, szczuciem cycem i freakami z Rosji.


Tomasz Czukiewski
Trwa ładowanie komentarzy...