O autorze
Tomasz Czukiewski - Dziennikarz z powołania i wykształcenia. Pisałem do "Przekroju" i "Polska The Times", byłem reporterem w TVN Warszawa. Od zawsze interesuje mnie tzw "inny punkt widzenia" na aktualne wydarzenia. Tego typu obserwacje będę chciał przybliżyć w swoich tekstach w natemat.pl

Wenezuela - kraj w stanie upadku [VLOG]

Protesty w Caracas
Protesty w Caracas Bartek Czukiewski
W 2015 roku Maduro przejął Sąd Najwyższy. Wtedy ludzie protestowali. Pokojowo. Teraz to już prawie wojna domowa. Wczoraj zginęło 16 osób.

Jesteśmy w Caracas, najniebezpieczniejszym mieście na świecie. Kręcimy vloga. To trailer:



Najniebezpieczniejsze miasto na świecie

Caracas jest według Wikipedii najniebezpieczniejszym miastem na świecie - mówimy tu o miejscach w których nie toczy się wojna (w Syrii jest z pewnością niebezpieczniej). W Caracas nie można chodzić po zmierzchu. Po prostu według zasad bezpieczeństwa nie powinieneś po godzinie 20 wychodzić na ulicę. Większość spotkanych Wenezuelczyków jest bardzo życzliwa i otwarta. Każdy jednak w miejscu publicznym - jak metro czy ulica – dodaje: „schowaj telefon”, „uważaj na plecak”. Jeśli podróżujesz metrem, to plecak trzymasz z przodu. Oczy cały czas dookoła głowy. Każdy z mieszkańców Caracas, którego spotkaliśmy, został albo okradziony albo zna kogoś, kto był okradziony. Mówimy tu często o kradzieżach z gunpointem czyli wycelowanym w ofiarę pistoletem.

„Jeśli oddam rzeczy od razu bez oporów to chyba mnie nie zastrzelą?” - zapytałem naszą przewodniczkę. Odpowiedziała, że jest to losowa sprawa i mogą strzelić nawet wtedy, gdy oddasz wszystko. Któregoś razu powiedziałem naszej przewodniczce, że po imprezie wracaliśmy pieszo do domu - wyglądała, jakby miała dostać zaraz zawału serca. W stolicy Wenezueli jest więc niebezpiecznie, trzeba unikać wychodzenia po zmierzchu, nie prowokować i nie robić głupich rzeczy. Mieszkańcy Caracas nienawidzą złodziei i tego, że przez nich muszą żyć w strachu. Pod naszym oknem zwykli mieszkańcy omal nie zlinczowali złodzieja. Przywiązali go do latarni i okładali pięściami:



Nam, jak dotąd (odpukać), nic się nie stało, nie mamy więc poczucia niebezpieczeństwa chodząc po ulicach czy podróżując metrem. Oczywiście są miejsca, do których w ogóle nie można zaglądać. To na przykład Petare, tzw. barrio, czyli miejscowe slumsy – jedne z największych w Ameryce Południowej.

Petare jest jeszcze bardziej niebezpieczne, niż Caracas. Jeśli ktoś z nas poszedłby tam sam to mógłby nie wrócić, a już prawie na pewno straciłby wszystko, co ma jakąkolwiek wartość. Udało nam się jednak zwiedzić to miejsce dzięki pomocy brata właściciela naszego mieszkania, który tam mieszka. Jeśli jesteś z kimś miejscowym, to inni nic ci nie zrobią. Mieszkając w Petare nie płacisz za nic – za wodę, prąd, ziemię. Nie ma czynszu, ani żadnych innych opłat. Domy budowane są w sposób freestajlowy, z zachowaniem jednak podstawowych zasad architektury.

Upadły kraj

Jeszcze kilka lat temu Wenezuela była najbogatszym państwem Ameryki Południowej. Wtedy było ją stać na to, by za petrodolary przekupywać okoliczne kraje i bawić się mirażem socjalistycznej Ameryki Południowej pod przewodnictwem Wenezueli (autorstwa Hugo Chaveza, ówczesnego prezydenta). Wszystko to już historia. Hugo Chavez zmarł na raka w 2013 roku. Potem przyszły spadki cen ropy. To drugie wydarzenie było bardziej bolesne.

Wenezuela ma więcej ropy, niż Arabia Saudyjska. Za litr benzyny płacisz tutaj około trzech groszy. To wszystko sprawia, że transport jest tutaj praktycznie za darmo. Loty krajowe kosztują z reguły kilkadziesiąt złotych. Przez lata rządzący ustawiali ekonomię kraju pod ropę. Stanowi ona 90 procent eksportu Wenezueli. Praktycznie wszystko importują. Ustawienie w ten sposób całej gospodarki sprawiło, że gdy przyszły spadki cen ropy, najbogatszy kraj Ameryki Południowej zamienił się w kraj nędzarzy, w którym sto dolarów to naprawdę poważne pieniądze. Młodzi ludzie grzebiący w śmieciach w poszukiwaniu jedzenia to często spotykany obrazek na ulicach Caracas.

Umierając, Chavez jako swojego następcę pozostawił Nicolasa Maduro. To umiarkowanie inteligentny polityk, z zawodu kierowca, który jest tylko twarzą dla szerszej kilki – armii. Armia w Wenezueli zawsze miała i ma ogromną władzę. Kiedyś obrończyni rewolucji biednych ludzi, dziś kieruje się głównie motywami finansowymi. Armia zajmuje się w sposób mniej lub bardziej bezpośredni wydobyciem ropy i jej sprzedażą oraz handlem innymi towarami. Obecnie generalicja zarabia na kryzysie. Dzięki specjalnym licencjom korzystają przy imporcie towarów ze sztucznie zaniżonego kursu dolara. Według zachodnich mediów zajmują się też przemytem narkotyków. Wenezuelczycy nienawidzą Maduro i jego kliki. Widać to wszędzie – praktycznie na każdej ulicy w Caracas można znaleźć wyzywające go graffiti, często też określające go jako mordercę lub zdrajcę.

Według miarodajnych sondaży polityce Maduro sprzeciwia się ok 80 procent obywateli. Jeśli obecna ekipa straci władzę, to najprawdopodobniej znajdzie się na pokładzie samolotu lecącego do USA, by odpowiedzieć za handel narkotykami. O ile nie powieszą ich tutaj. Ekipa Marudo cofnąć się więc nie może. W 2015 roku po przegranych wyborach parlamentarnych bezprawnie ustawili swoich ludzi w Sądzie Najwyższym. Wtedy ludzie wyszli na ulice. Na początku – tak jak u nas – protestowali pokojowo. Po jakimś czasie władza rozkazała wojsku strzelać do protestujących gazem – to rozwścieczyło społeczeństwo i jeszcze bardziej zaogniło sytuację. Poza wojskiem ekipa Maduro ma do swojej dyspozycji tzw. collectivos, czyli różnej maści najemników, którzy - nie będąc obarczeni żadną odpowiedzialnością – atakują protestujących, najczęściej z broni palnej. Ludzie odpowiadają kamieniami i koktajlami mołotowa. Od wiosny zginęło już ponad stu protestujących. W ubiegłym tygodniu zginęło 9 osób, w tym dwóch szesnastolatków. Nastolatkowie często są tu na pierwszej linii frontu. Cała ta sytuacja sprawia, że Caracas żyje w swoistym rozdwojeniu jaźni. Możesz jeść obiad w ekskluzywnej restauracji, by po przejściu dwustu metrów oglądać lecące koktajlowe mołotowa i wojsko odpowiadające gazem łzawiącym.

Nikt nie wie jak rozwinie się sytuacja. W niedzielę odbędą się ustawione wybory do konstytuanty (piszę to w sobotę, apdejt sytuacji robię na koniec artykułu) poprzedzone kilkudniowym ogólnokrajowym strajkiem. Konstytuanta to wymysł Maduro : grupa podległych mu osób, którę zmienią konstytucję i wykluczą z gry ostatni przyczółek opozycji – National Assembly (odpowiednik naszego parlamentu). Przytłaczająca większość Wenezuelczyków sprzeciwia się tym zakusom. Prezydent Kolumbii zapowiedział, że jego kraj nie uzna tego głosowania. Podobnie zrobiły USA, UE, Kanada i większość krajów Ameryki Południowej. Stany ostrzegają że mogą zaprzestać jakiegokolwiek importu ropy (ogromna większość wenezuelskiej ropy płynie właśnie do USA) i - przeczuwając zamieszki - nakazały rodzinom dyplomatów powrót do kraju. Świat krytykuje i grozi.

Ceny

Dużo osób pyta o ceny. Wielu z nich czytało artykuł w Vice news „za 450 zł żyłem w Wenezueli jak król przez miesiąc”. Nie ma on nic wspólnego z prawdą. Za 140 dolarów nie przeżyjesz w Wenezueli jak król. Nie zrobisz też tego za 400 dolarów. Jest jednak (jak dla Europejczyka) tanio. Mając tysiąc dolarów miesięcznie nie musisz liczyć się z pieniędzmi. Piszę to siedząc na plaży, na którą przypłynąłem łódką (pół dolara). Gdybym wziął ze sobą namiot, mógłbym tutaj spędzić tydzień nie wydając pieniędzy – jedząc mango, pływając i popijając rum (ok, butelka rumu - dolar).

Za dwie godziny przyjedzie po nas taksówka i za 10 dolarów zawiezie nas sto kilometrów stąd - do Caracas. Tam, w jednym z najlepszych klubów, za tę samą sumę dostaniemy open bar z rumem. Będziemy imprezować przez całą noc, stawiać wszystkim. Impreza, która w Warszawie kosztowałaby tysiąc złotych, tutaj zmieści się w stu. To są ekonomiczne plusy tego wyjazdu. Nie zapominajmy jednak, z czego one wynikają. Inflacja w Wenezueli wynosi 800 procent w skali roku. Miesiąc temu za jednego dolara na czarnym rynku płacono 7200 Boliwarów. Dzisiejsza cena to 10400. Dolary wymieniamy partiami po sto co kilka dni. Gdybyśmy wymienili większą sumę na raz, to byśmy na tym stracili. Wymiana pieniędzy wiąże się z niesamowitą gimnastyką logistyczną. Nie można ich wypłacić z bankomatu, bo dzienny limit wypłat wprowadzony przez władze wynosi ok 1 dolara. Zapłacenie gdziekolwiek kartą wiąże się z ogromną stratą, bo zagraniczne waluty są przeliczane na boliwary wg sztucznie zaniżonego ok 4-5 razy kursu. Dolary które przywieźliśmy z Polski szybko się skończyły i byliśmy w poważnych tarapatach. Zakombinowaliśmy więc - jak na Polaków przystało. Poznaliśmy Arabów, którzy prowadzą tutaj biznes. My im przelewamy dolary na amerykańskie konto, oni dają nam dolary w papierze. Obydwie strony są zadowolone, bo oni mają problemy z wyprowadzeniem dolarów na swoje zagraniczne konto. Otrzymane dolary wymieniamy na czarnym rynku na boliwary. Tutaj jednak jest kolejny kłopot, bo 100 dolarów to obecnie ponad milion Boliwarów i wygląda to mniej więcej tak:

Dodajmy jeszcze, że banknot o nominale stu boliwarów ma tak małą wartość, że protestujący używają go do konstruowania symbolicznych barykad blokujących ulice Caracas.

Niebezpiecznie i pięknie

Do całego tego obrazu – wojska na ulicy, protestów, gunpointów, kradzieży, polityki i wszechobecnego poczucia zagrożenia, należy dodać najważniejszą rzecz. Wenezuela to przede wszystkim cudowny kraj i serdeczni ludzie. Jeśli ktoś chciałby przyjechać tutaj tylko dla odpoczynku, wystarczy z lotniska w Caracas wziąć taksówkę do jednych z mniejszych miejscowości (jak Choroni) i żyć tam na bardzo dobrym poziomie w domku przy rajskiej plaży. Niebezpieczeństwo jakiegokolwiek zagrożenia byłoby podobne jak w Polsce.

Nawet Caracas ma swoje atrakcje kontrastujące z betonową rzeczywistością miasta. Nad pogrążoną w chaosie stolicą góruje masyw Avila, którego szczyt nazywany jest Avila Magica (nazwę zawdzięcza spektakularnemu widokowi). 15 minut jazdy kolejką dzieli koktajle mołotowa od rajskiego widoku na Morze Karaibskie.

Tomasz Czukiewski

EDIT

Cały artykuł pisałem w sobotę. W niedzielę mimo protestów odbyły się wybory do wspomnianej konstytuanty. Ludzie je zbojkotowali. Według opozycji zagłosowało ok. 12%, wg państwowej telewizji 41%. Maduro przejmuje całkowitą władzę nad krajem. Jutro wojsko wspierane przez collectivos ma zająć budynek parlamentu. Z okna wynajętego mieszkania dobiegają nas strzały z miasta. Dzisiaj zginęło 16 osób.

Możecie śledzić naszego vloga tutaj:

Youtube.com/bezplanu
Facebook.com/bezplanu.tv
Trwa ładowanie komentarzy...