Filip Chajzer: Żyjemy w matriksie. Portale plotkarskie karmią nas g….”

Artykuł w "Fakt.pl"
Artykuł w "Fakt.pl" fakt.pl
Tuż po Nowym Roku polskie portale obiegł bogato ilustrowany news o tym, że Filip Chajzer uratował tonącego człowieka. Dziennikarz TVN został okrzyknięty bohaterem – ot ładna noworoczna opowieść. Jest tylko jeden problem. Filip Chajzer nikogo nie uratował.

Internet bez wątpienia przyśpieszył komunikację między ludźmi. Przyśpieszył też pracę dziennikarzy. W dzisiejszym świecie ważniejsze od tego, co się napisze jest to, czy jest się pierwszym. Stało się to rzeczą tak ważną, że dziennikarze pracujący w portalach przestali już nawet weryfikować informacje. Kolejne newsy podawane są bez refleksji – byle tylko być przed innymi. Oto przez tydzień cała Polska była przekonana, że młoda prawniczka rozwaliła mercedesa w środku Warszawy. Z kolei zaraz po Nowym Roku dowiedzieliśmy się, że Filip Chajzer uratował tonącego człowieka. Zadziałała tutaj prosta strategia – paparazzi zrobili zdjęcia, trzeba napisać historyjkę. Szkoda tylko, że znacznie odbiega ona od rzeczywistości…


- Jak to jest być bohaterem?

- Jakim bohaterem?

- Wszystkie portale piszą, że uratowałeś człowieka który zaczął tonąć, wyciągnąłeś na brzeg, wezwałeś pogotowie i czekałeś aż przyjedzie. Podobno to bardzo poprawiło twój wizerunek…

- Przede wszystkim może zacznę od tego, że ten człowiek nie żyje. Prawdopodobnie zmarł już tam na brzegu. A to co się działo po tej sprawie na tzw. „portalach” to jest czysta fantastyka. Jest mi bardzo przykro z tego powodu.

- Możesz opowiedzieć co się naprawdę wydarzyło?

- Jasne. Robiliśmy materiał o morsach, czyli ludziach którzy kąpią się w lodowatej wodzie. Robiliśmy to 1 stycznia przez co mój sylwester był wybitnie mało imprezowy, ale to mniej ważne. Wszedłem do lodowatej wody i nagrywałem setkę (wypowiedź rozmówcy do kamery – red.) z jednym z morsów. Obok niego stał jeszcze jeden człowiek. Na nagraniu widziałem, że machał do kamery. No - tak czasami jest, że jak nagrywam materiał to ktoś wchodzi w kadr, żeby pomachać, pochwalić się że był w TV.

- Specyfika telewizji

- Tak. Nagrywam tę setkę, gdy nagle słyszę przerażający krzyk „Fiiiiliiiiip” – to krzyczał Szczepański (Paweł Szczepański operator TVN – red.) pokazując mi palcem na wodę przede mną. Patrzę w dół, a tam człowiek płynie w wodzie twarzą w dół na wysokości moich kolan. No i tutaj reakcja była odruchowa, każdy zrobiłby to samo. Wzięliśmy tego człowieka na ręce i wyciągnęliśmy na brzeg. Tam byli ratownicy...


- Masz to wszystko nagrane?

- Tak, od strony lupy w kamerze wyglądało to tak. Stoimy we trójkę – ja, setkowicz i człowiek, który macha. Nagle ten ostatni po prostu przewraca się i pada twarzą do wody. Nie jestem ekspertem, ale dla mnie to był zawał. Cała akcja od chwili jego upadku do wyciągnięcia na brzeg trwała może 10 sekund. Później okrywam go swoim szlafrokiem i pytam ratowników, czy biec po karetkę, która stoi przed wejściem na plażę. Oni każą mi się odsunąć i zapewniają, że sytuacja jest pod kontrolą.

- A paparazzi?

- Ich już nie było. Oni zaraz po tym jak zrobili zdjęcia polecieli sprzedawać swoje story. Poczekałem aż karetka odwiezie tego człowieka. Poprosiłem jeszcze szefa tych morsów, żeby zadzwonił do mnie kiedy tylko będzie wiedział cokolwiek o tym człowieku. Zadzwonił godzinę później, kiedy byłem w drodze do Warszawy. Powiedział, że nie żyje.

- A kiedy dowiedziałeś się o tym, że go uratowałeś i jesteś bohaterem?

- Kilka minut po wspomnianej rozmowie telefonicznej odpaliłem internet w telefonie. Typowy przegląd portali dla zabicia nudy w drodze. I nagle zacząłem czytać, że uratowałem topielca!!! Rozumiesz? „Uratować topielca”? Już nie będę mówić o tym jaki to debilny i nielogiczny tytuł. Topielca, to już chyba nie da się uratować? No ale mniejsza z tym. Wszystkie portale zaczęły o tym pisać, bezmyślnie powtarzając tę wyssaną z palca historyjkę. Na jednym z nich ktoś nawet napisał, że ten człowiek trafił do szpitala i już czuje się dobrze. Potrafisz to ogarnąć? Przecież to już jawnie ktoś musiał sobie to z głowy napisać.

Cała ta sytuacja uświadomiła mi, że żyjemy w matriksie, a to co czytamy na portalach – szczególnie plotkarskich to jest po prostu jedna, kompletna bzdura. To nie ma żadnej wartości. Poza tym wiesz, zrobili sobie foto-story rodem z Bravo wykorzystując czyjąś śmierć. Fotostory ze śmierci. Kolejne obrazki, jak człowiek stoi, upada, ja go podnoszę i kładę na brzegu. Przecież on miał swoją rodzinę. Jego najbliżsi oficjalnie dowiedzieli się o tym, że nie żyje, a potem na portalach pokazywano im ich umierającego syna, ojca, może brata z wymyśloną historią o tym że Filip Chajzer go uratował i ma się świetnie…


- Jak uważasz dlaczego tak to wyszło?

- Myślę, że z niedbalstwa. Czy to jest problem znaleźć numer do mnie albo do morsów? Gdy przygotowywałem ten materiał, to znalezienie numeru do szefa tego wydarzenia zajęło mi dwie minuty. Gdyby ktoś z tego portalu to zrobił dowiedziałby się, że ten człowiek nie żyje.

- Tylko, że to mogłoby zepsuć historię

- No tak. Jak się ma zdjęcia, to trzeba coś do nich napisać. Łatwiej napisać bajkę do zdjęć. Kiedyś ilustrowano bajki, a teraz pisze się bajki do ilustracji.

- Opowiadasz o tym tak, jakby to dla ciebie było coś nowego, ale przecież funkcjonujesz w tym świecie już od dłuższego czasu, wiedziałeś chyba jak to działa?

- Powiem ci szczerze, że dopiero teraz zorientowałem się jak wielkim gównem się nas karmi, że to wszystko co jest na tych tzw „portalach” to jest po prostu science-fiction. Chciałbym zobaczyć ludzi, którzy to robią. Zapytać ich co mają w głowach ? Nie wiem, co to jest, ale to na pewno nie dziennikarstwo.


- Wracając do dziennikarstwa. Twój materiał „news o gazie”, który w prześmiewczy sposób pokazywał pracę reporterów programów informacyjnych był przez niektórych odczytany jako atak na dziennikarzy. Jarosław Kuźniar napisał, że narobiłeś do własnego gniazda..

- Ja panu Jarosławowi mogę tylko podziękować. Powinienem mu wysłać butelkę dobrego szampana. Gdyby nie on, to pies z kulawą nogą nie zainteresowałby się tym materiałem, a zarazem i mną. Panie Jarku – dziękuję!

- No tak, ale to wszystko spowodowało, że paparazzi zaczęli na ciebie polować. Zaczynasz czuć się „zwierzyną” ?

- Nie chce używać takiego słowa, bo to tak jakbym wpisywał się w rolę ofiary, a nią nie jestem. Kocham swoją pracę i zawsze staram się ją robić najlepiej jak się da. Nie na 50, nie na 90, ale na 100 procent, a nawet na 110. Niestety częścią tej pracy jest to, że stajesz się rozpoznawalny i jest zapotrzebowanie na informacje o tobie i zdjęcia. Ja mam o tyle gorzej, że wychodzę do ludzi, nie siedzę w studio. Dzięki temu łatwiej jest mi zrobić idiotyczne zdjęcie.



- A może po prostu stajesz się celebrytą, a nie dziennikarzem?

- To tak… widzisz mnie w TV, bo to moja praca, którą kocham. Gdybym w niej nie pracował to nikt by o mnie nie słyszał. Może projektowałbym wnętrza. Z celebrytami jest tak, że o nich słyszysz, ale nie wiesz dlaczego, nie wiesz co tak naprawdę robią. No i byłem na okładce ostatniego Pressa, to chyba magazyn o dziennikarstwie?

- No tak, ale Twoje najpopularniejsze materiały są z pogranicza rozrywki. Powoli przyklejana Ci jest łatka „wkręcacza”

- No i ja się boję tej łatki. Tym bardziej, że nie chcę nim być. Materiał z którego byłem najbardziej dumny to nie materiał o blogerkach modowych czy news o gazie. Najbardziej dumny jestem z reportażu o cukrzycy. Nagrałem telefonem człowieka, który zajechał mi drogę samochodem. Sprawiał wrażenie pijanego. Zadzwoniłem po policję. Kiedy leżał skuty kajdankami, przybiegła jego sąsiadka, okazało się, że to był atak cukrzycy. Bardzo poważna sprawa, bo ktoś chory na cukrzycę może mieć atak choroby i leżeć w parku jak pijany. Nawiasem mówiąc w tym materiale zrobiłem też taką prowokację. Położyłem się przy chodniku w centrum Warszawy i sprawdzałem, czy ktoś się mną zainteresuje. Długo czekałem aż ktoś się choćby zapytał co się ze mną dzieje. Pewnie myśleli, że pijany leży.

- Nie wszystko jest tym na co wygląda. Tak jak w twoim „ratowaniu topielca”


- Dokładnie. Podobnie było z tą kobietą, który wjechała mercedesem w przejście dla pieszych w Warszawie. Chciałem znaleźć tę kobietę i wszyscy dawali namiar na tę biedną prawniczkę. Zrobiliśmy jako pierwsi w „Dzień Dobry TVN” materiał o tym, że mylą ją ze sprawczynią. Przykra sprawa.

- A tą która naprawdę rozwaliła samochód znalazłeś?

- Nie. Dowiedziałem się tylko, że to była żona kogoś bardzo bogatego.

Tomasz Czukiewski

Trwa ładowanie komentarzy...